Aktualności

Pomóżmy Aronowi

Życie jak hokej - przynosi nieoczekiwane zwroty akcji. Czasami wszystko układa się po naszej myśli, idzie gładko, a czasami w najmniej oczekiwanych momentach - pojawiają się problemy. Te drugie od pewnego czasu towarzyszą małemu hokeiście, Aronowi, który marzy o powrocie na lód, ale najpierw musi stoczyć osobistą walkę z... nowotworem.

Aron to 7-letni miłośnik hokeja. Fan i zawodnik, który intensywnie pracował nad tym, by rozwijać swoje hokejowe zdolności i stawać się coraz lepszym. Jego plany zaczęły komplikować się rok temu. A zaczęło się niewinnie - od bólu karku. 

Rok temu zaczął mnie boleć kark. Budziłem się w nocy i płakałem, ale w ciągu dnia tryskałem energią, dlatego rodzice nie wiedzieli co mi jest. Na początku myśleli, że może za ciężko trenuję. Zaprowadzili mnie do zaprzyjaźnionego fizjoterapeuty, ale masaże tylko trochę pomogły.

Był kwiecień i urodziła się moja siostrzyczka, kiedy mama była w szpitalu kark zaczął mnie jeszcze bardziej boleć. Tata zabrał mnie do lekarza, pediatra stwierdził, że mam kręcz szyi i zalecił wizytę u ortopedy. Ortopeda po wykonaniu rtg stwierdzil, że mam podwichnięcie kręgów szyjnych i chciał mnie operować. Mamusia się nie zgodziła i powiedziała, że trzeba konsultować i diagnozować dalej. Tomograf już tylko w 50 % potwierdził przypuszczenia lekarza, który zostawił mój przypadek do obserwacji. Rodzice nie odpuścili i prywatnie zabrali mnie na rezonans magnetyczny.

Był czerwiec, niedługo miały być wakacje, cieszyłem się, bo miałem zaplanowany Camp Hokejowy u słynnego hokeisty NHL. Wyniki rezonansu były szybko, ale było w nich wiele niejasności i zalecenie pilnej konsultacji neurochirurgicznej. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Szpitala w Krakowie. Tam rodzice dowiedzieli się, że w moim rdzeniu kręgowym w odcinku szyjnym jest guz i trzeba mnie operować by go usunąć. Niestety jest w tak niebezpiecznym miejscu, że wymaga to specjalnego sprzętu, którego niestety nie mają.

Na specjalistyczne elektrody czekaliśmy 1,5 miesiąca. Ja w tym czasie dostałem terapię sterydową i wróciłem do domu, ale od tej pory nie mogłem już trenować. Na Camp pojechałem tylko jako kibic starszego brata. Podczas pobytu na Słowacji mój stan się pogorszył. Kark znów zaczął mnie boleć a lewa rączka zrobiła się słaba. Kiedy wróciłem do domu czułem się już bardzo źle. Nie miałem siły podnieść głowy ani chodzić. Na drugi dzień pojechałem do szpitala.

Pan Bóg i mój Anioł Stróż bardzo się o mnie zatroszczyli, bo okazało się, że tego samego dnia elektrody potrzebne do operacji dotarły. Nie bałem się operacji, tatuś powiedział, że to bardzo ważne ze by mi wycięli guza.

Profesor się bardzo starał by usunąć jak najwięcej i by mi się nie stała krzywda. Operacja się udała, guz został usunięty subtotalnie i oddany do badań. Gwiaździak włosowatokomórkowy I WHO, cokolwiek to oznaczało lekarze powiedzieli, że jest dobrze.

Szybko wracałem do formy, przecież trzeba było wracać na lód. Rehabilitacja przebiegała dobrze, coraz lepiej ruszałem główką. Zacząłem biegać i grać z bratem w piłkę.
Co jakiś czas wracałem do szpitala na kontrolę i rezonanse.
Bardzo dzielnie trenowałem w domu i u pani rehabilitantki, w końcu otrzymałem pozwolenie by pójść na moje ukochane łyżwy. Byłem bardzo szczęśliwy, że mogłem w końcu po pół roku założyć hokejowy sprzęt i pojeździć na łyżwach. Mama powiedział, że w ogóle nie widać, że jestem po takiej ciężkiej operacji.

Po styczniowym rezonansie kontrolnym skierowano mnie na kontrolę onkologiczną, a tam lekarze podjęli decyzję o chemioterapii. Ta nieusunięta część guza jest w niebezpiecznym dla mnie miejscu i jest nieoperacyjna, dlatego taką podjęli decyzję.

Już nie wróciłem na lodowisko i do szkoły, ale wiem, że wszystko co się dzieje jest dla mojego dobra, więc nie marudzę i dzielnie wszystko znoszę. Chciałbym być już zdrowy jak kiedyś, wrócić na treningi hokeja, chodzić po górach z rodzicami jak kiedyś i grać z bratem w piłkę, ale na razie muszę poczekać. Nie wiem jak długo będę musiał się leczyć i rehabilitować, ale wiem, że nie odpuszczę, bo jestem hokeistą i jak mówi mama: bohaterem.



Małemu Arnkowi każdy z nas może pomóc poprzez dokonanie wpłaty z kwotą wsparcia.


Fundacja Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym “Kawałek Nieba”
Santander Bank
31 1090 2835 0000 0001 2173 1374
Tytułem: “2658 pomoc dla Arona Kolendowicza”

wpłaty zagraniczne – foreign payments to help Aron:
Fundacja Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym Kawalek Nieba
PL31109028350000000121731374
swift code: WBKPPLPP
Santander Bank
Title: “2658 Help for Aron Kolendowicz”

Aby przekazać 1% podatku dla Arona:
należy w formularzu PIT wpisać KRS 0000382243
oraz w rubryce ’Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%’ wpisać “2658 pomoc dla Arona Kolendowicza”


Można tego dokonać także poprzez DotPay - TUTAJ

 

Powrót